czwartek, 24 stycznia 2013
316 - Warsztaty w Wytwórni Antidotum

Kilkanaście dni temu w mojej skrzynce pojawił się mail - dziwny i zupełnie nieoczekiwany. Zaproszenie na bezpłatne warsztaty złotnicze do Warszawy. Do wyboru było kilka grup, z których zainteresowała mnie ta, dotycząca złotnictwa historycznego. Obejrzymy tam repusowanie i emaliowanie - zawsze miałam na to ochotę. Potem okazało się, że szczęśliwcy, którzy maile dostali wczesniej, załapali się na metal clay - moje marzenie, ja już nie miałam tego wyboru, ale kilka dni żyłam w nieświadomości. Dobre i to!
No nic, jest jeszcze jedna, malutka furteczka. repusowania nie odpuszczę, a jako ta żaba sie nie rozerwę. Ale to potem.
Póki co przyszła bardzo podejrzana paczka. Podejrzana, ale ładna. Oj, zdjeć nie ma, nie ma. Ja nie mam czasu na jakieś zdjęcia, kiedy jestem ciekawa, co jest w środku.
Było pudełko. Drewniane, surowe pudełko.
-Dobra nasza - myślę sobie - trzeba toto zdekupażować pewnie. Zero problemu, bo akurat robiłam sobie chustecznik.
Gdzie tam! W środku coś grzechotalo i szeleściło. Zajrzałam - wióry.
Patrzę - kawałek rury kanalizacyjnej owiązanej sznurkiem. Co jest, u licha? Zestaw naprawczy dla pani domu?
Wyciągam rurę - jasna cholera, to papier. Na bok. Nie otwieram po to, żeby czytać.
Dalej karta. Karta do gry. Dwójka kier. Trochę słodko. Zawsze wolałam piki.
Jakaś metalowa siatka. Bardzo skutecznie zadźgałam się w palec i natychmiast na siatkę obraziłam.
Dekielek, szkiełko od zegarka czy coś. Niebieskawe i matowe. No tu można sobie było chociaż przez nie popatrzeć. Potem okazało się, że z atrakcyjnej niebieskości zmieniło się w przezroczystość bezbarwną, bo można było ściągnąć folię ochronną.
Cynamon. Nie, nie w proszku, wystarczy, że ja już byłam w proszku. W rurze. Nie, nie w rurze kanalizacyjnej, przecież rura była papierem. Kora cynamonu, zwinięta w rurkę. Ona tak ma samoistnie, nikt jej nie zmusza. 
Na końcu wypadł mały, szklany kaboszonik z niebieskimi mazami w środku.
Wróciłam do rury, znaczy się słowa pisanego.
"Zrób z tego jakąś biżu" - tak mniej więcej stało napisane - "Użyj co najmniej dwóch rzeczy.
O cholera, już myślałam, że się cynamonem wywinę.
- Owiń ten cynamon siatką! - orzekło moje dziecię, które pojawia się jak duch w najmniej pożądanym momencie.
Gdyby to było takie latwe! Siatka sztywna jak jasny gwint, a poza tym obraziliśmy sie na nią dogłębnie i na zawsze. 
Cynamon korcił.
Postanowiłam zmniejszyć drugi przedmiot, żeby było go jak najmniej. ( A teraz straciłam wątek, bo doglądam placka włoskiego, na którego goście nie przyjdą, bo strzelił im piec, a wiadomo, że zimą to bardzo boli)
Co robiłam? Aha - zmniejszałam. Okazało się, że jest to czynność wybitnie smrodliwa i parząca w paluchy - kółko z pleksy parskało na boki nadtopionymi strzępami i sprawdzało kiedy się odczepię.
Potem trzeba było pociąć cynamon. Piękna rzecz. Do dziś smarkam na pomarańczowo.
Proszę mnie nie pytać ile tarcz połamałam, bo się obrażę. Ja jestem bardzo uzdolniona w tym kierunku i będę się przy tym upierać!
Ułożyłam wzorek, wsadziałm w kółko, zalałam żywicą, wygładziłam na mokro - błąd. Tego się nie robi cynamonowi i sobie.. Kółko pękło. Skeiłam. Nie będzie kółko pluć mi w twarz, kurka wodna.
A potem myk, myk, oprawiłam w miedż, dołożyłam charmsa klnąc, że nie mam miedzianych dodatków, bo w "miedzi nie robię" i zawiesiłam na rzemieniu.
Takie tam, no.
Dawno nic nie robiłam, to i myśleć było trudno. I klimaty niekoniecznie moje, żeby powiedzieć, że wcale nie.
Ale jest, sfotografować się za bardzo nie chciało, ale zmusilam i coś widać. Szału nie ma. Minimalizm absolutny.
Może komuś przypadnie do gustu.
A co się będzie działo w Antidotum opiszę po fakcie. Niebawem.